|
Wspomnienia z Senegalu Pierwsze wrażenia Był koniec sierpnia, godzina 16.00. Samolot belgijskiej linii "Sabena" zbliżał się do lądowania na lotnisku Leopolda Sedara Senghora w Dakarze. Zewnętrzne czujniki temperatury, których pomiary ukazywały się na małym ekranie tuż przed moim nosem, w miarę zbliżania się do ziemi wskazywały coraz wyższą temperaturę. Z minusowych, liczby szybko zaczęły zmieniać się na dodatnie: +1... +10... +30.....+35 stopni!!! Przez małe okienko widziałam, jak słońce z ogromną mocą biło promieniami w rozgrzaną płytę lotniska. Dla kontrastu, wewnątrz samolotu panował przyjemny chłodek dzięki włączonej klimatyzacji.
Wreszcie ciężka maszyna wylądowała, wszyscy podróżni zaczęli wysypywać się z wnętrza jej wielkiego brzucha. Przyszła też kolej na mnie . Wzięłam mój bagaż podręczny, znacznie przekraczający normy wagowe, i skierowałam się ku wyjściu. W momencie wejścia na szczyt schodków, na całym ciele poczułam niesamowity żar, jakbym dostała zdjętą z ognia patelnią - to było jedyne skojarzenie, jakie przyszło mi do głowy w tamtej chwili. Rażące słońce nie pozwalało mi swobodnie patrzeć. Całe ubranie natychmiast zrobiło się mokre od ściekających strużek potu. W dodatku m iałam na sobie czarne spodnie, gdyż w Polsce, gdy ją opuszczałam, zaczęło się robić chłodno. Na sali przylotów, po odprawie paszportowej, zobaczyłam swoje nazwisko na białym papierze. Uff, ktoś po mnie wyszedł, a wcale nie byłam pewna, czy informacja o moim przybyciu dotarła do sióstr na czas. Siostra Anne - Marie, która wyszła mi na spotkanie, była malutka i szczuplutka, przypominała myszkę. Przywitała się ze mną i zaraz udałyśmy się do domu sióstr, gdzie miałam mieszkać. Droga biegła na pewnym odcinku wzdłuż brzegu Atlantyku. Przez szyby samochodu chciwie obserwowałam wszystko, co d ziało się na zewnątrz. Wydawało mi się to niesamowite znaleźć się w ciągu kilkunastu godzin na innym kontynencie, w kraju tak odmiennym od naszego!! Nagle znalazłam się wśród ludzi, z których większość miała czarną skórę, a ja, biała, stanowiłam wyjątek! Moją uwagę zwróciły samochody - czy to możliwe, że te stare, wybrakowane pojazdy mogły jeszcze jeździć? Szczególną osobliwością były małe busy, w kolorze żółto-niebieskim, z mnóstwem napisów i rysunków. Tylne, dwuskrzydłowe drzwi były otwarte na oścież, a na wystających schodkach stał jeden lub dwóch Murzynów. Stan techniczny tych wehikułów już na pierwszy rzut oka wydawał się co najwyżej mierny. Pomyślałam, że to bardzo niebezpieczne podróżować takim dziwolągiem. Nie wiedziałam, że już niedługo, aż do koń c a moich dni spędzonych w Senegalu, będzie to mój najczęstszy, bo najtańszy środek transportu. Ten osobliwy pojazd po francusku nazywa się "car rapid", czyli "szybki wóz". Natychmiast przypomniał mi się krakowski "szybki tramwaj", który de facto wcale nie różni się prędkością od pozostałych, bo jak mógłby on je wyprzedzić, jadąc po torach? Podobnie w tym przypadku nazwa "car rapid" budziła poważne zastrzeżenia. Pomijając fatalną kondycję pojazdu, nieustające korki w Dakarze nie pozwalały nawet najlepszym sa m ochodom wykazać się swoimi możliwościami. Nie mówiąc już o tym, że nikt z pasażerów nie życzył sobie, aby kierowca "car rapid" udowadniał trafność jego nazwy, ze względu na mocno zagrożone poczucie własnego bezpieczeństwa. Wróćmy jednak do początku. Jechaliśmy z lotniska do domu sióstr. Teraz coś więcej o nich. Należą one do francuskiego Zgromadzenia Sióstr Misjonarek od Ducha Świętego, czyli Duchaczek (po francusku Spiritaines). Nie noszą ha bitów. Swoje domy m ają również w Kamerunie, w Kongu i w Angoli. Zajmują się różnymi dziedzinami życia, takimi jak nauczanie, opieka nad chorymi, krawiectwo i inne, a głównym ich charyzmatem jest czynne uczestnictwo w życiu prostych ludzi. Ich dom znajdował się w peryferyjnej dzielnicy Dakaru, zwanej Ouakam, na szczęście wystarczająco daleko od zabudowań mieszkalnych. Dzięki temu panował u nich względny spokój i cisza. Jedynie co pewien czas słychać było modlitwy położonego nieopodal meczetu, a w końcu tygodnia dla odmiany głośne afrykańskie przeboje pochodzące z senegalskiej bazy wojskowej. Ponadto niektóre wieczory ubarwiane były śpiewami chóru kościelnego z pobliskiej parafii katolickiej. Muzyka to nieodłączny element rzeczywistości afrykańskie j . Brakowało u nas jedynie koncertów bębenkowych. W naszej dzielnicy znajdowała się również francuska baza wojskowa oddział lotniczy. Może to niektórych zdziwić, po co francuska armia w Senegalu , 40 lat po odzyskaniu niepodległości? Wynika to mianowicie z tego, że Senegal, dość słaby pod względem militarnym, zawiązał z Francją umowę dotyczącą obronności. Ouakam posiadał ponadto własny szpital z oddziałem porodowym, posterunek policji, trzy apteki, trzy kafejki internetowe - bardzo ważne miejsce do kontaktowania się z Polską, targ i restaurację "Regal", gdzie można było zjeść pyszną pizzę i lody . Jeśli chodzi jeszcze o służbę zdrowia, w senegalskiej bazie wojskowej znajdował się również niewielki szpital i przychodnia, oraz laboratorium analiz medycznych, do którego bardzo często odsyłaliśmy naszych pacjentów. Dla dopełnienia obrazu, nie można pominąć szkoły podstawowej, przedszkola oraz kościoła "Notre Dame des Anges", czyli NMP od Aniołów. Wszystkie trzy stanowiły kompleks budynków, a zarówno szkoła jak i przedszkole prowadzone były przez katolików. Wspólnota parafialna w Ouakam należała do bardzo dynamicznych i prężnych. Z jednej strony domu sióstr stał dom bratniego zgromadzenia ojców Misjonarzy od Ducha Świętego. Stanowił miejsce formacji dla młodych seminarzystów pochodzących z różnych krajów Afryki. Z drugiej zaś strony znajdował się ośrodek dla dzieci upośledzonych, prowadzony przez jeszcze inną kongregację. Siostry Duchaczki, u których mieszkałam, prowadziły w obrębie swojej posesji przychodnię. Nosiła nazwę "Stella Maris", czyli "Gwiazda Morza". To właśnie tam miałam pracować jako pielęgniarka. Personel tej placówki składał się z pięciu osób. S iostra Anne Marie była jednocześnie pielęgniarką i położną oraz szefową całej placówki. Dawała konsultacje, sprawowała pieczę nad apteką, badała kobiety w ciąży, zajmowała się chorymi na AIDS i robiła jeszcze szereg innych rzeczy.
Pelagie, senegalka z plemienia Diolla, pochodziła z południa kraju, z regionu Casamance. Jej głównym zajęciem było "kłucie" chorych, czyli robienie zastrzyków. Znały ją niemal wszystkie dzieci z okolicy, a te, które jeszcze się z nią nie spotkały, były skutecznie ostrzegane przez bardziej doświadczone maluchy. Pozwolę sobie na małą dygresję co do zastrzyków - w Senegalu, mimo ryzyka zakażeń, wykonuje się je o wiele częściej niż u nas. Przyczyna jest prosta - wstrzyknięcie daje pewność, że lek został prawidłowo podany, ani za dużo, ani za mało, i że w ogóle został podany, a dawanie lekarstw do domu tego nie gwarantowało. Zdarzyło mi się raz, że dałam mamie antybiotyk w syropie dla jej dziecka, który miał starczyć na 6 dni. Wytłumaczyłam dokładnie, jak za każdym razem, dawkę i sposób podania. Spytałam, czy rozumie - tak. Zatem w porządku. Przychodzi po trzech dniach i mówi, że syrop się już sk o ńczył!! Będąc początkowo żarliwą przeciwniczką kłucia małych dzieci, których przeraźliwe krzyki rozlegały się daleko poza mury przychodni, dość szybko zmieniłam stanowisko w tej kwestii i z bólem serca, ale jednak coraz częściej wydawałam straszny wyrok - "Idź do Pelagie na zastrzyk". Oczy czarnej twarzyczki zaczynały się wtedy dziwnie szklić, a małe nóżki, z mniejszym lub większym oporem, niejednokrotnie z pomocą rodzica, kierowały się do miejsca kaźni.
Joseph, to druga ważna persona naszej przychodni. Nieprześcigniony w opatrywaniu ran, płukaniu brudnych uszu, przecinaniu i opróżnianiu ropni, zajmował się również badaniami laboratoryjnymi oraz szkoleniami w dziedzinie naturalnego planowania poczęć. Pochodził z plemienia Serrer, z którego, notabene, wyw o dzi się wielu chrześcijan. Joseph odznaczał się iście stoickim spokojem. To on najskuteczniej rozwiązywał konflikty, jakie nierzadko wybuchały wśród oczekujących na wizytę chorych, jak również wśród nas - personelu. Oumou, jako jedyna z nas, była muzułmanką. Jej rodzice byli Gwinejczykami, ale ona urodziła się już w Senegalu. Jej inne pochodzenie można było łatwo zauważyć, ze względu na jaśniejszy odcień skóry i odmienne rysy twarzy. Jej głównym zadaniem było tłumaczenie afrykańskich dialektów na język francuski. Jej geniusz był zadziwiający w tej dziedzinie, nie było takiego narzecza (a jest ich mnóstwo), którego by nie rozumiała. Jej funkcja miała ogromne znaczenie, gdyż wielu naszych pacjentów nie znało francuskiego - nigdy nie chodzili do szkół i w wię k szości byli analfabetami. Oumou była też odpowiedzialna za przygotowywanie leków dla chorych, zwinnie pakowała je w małe papierowe paczuszki, zaopatrywała je w znaki obrazujące dawkowanie i dokładnie tłumaczyła, jak należy wziąć owo remedium. Siostrze Anne Marie towarzyszyła w pracy już 18 lat, i mimo, że nie miała żadnego wykształcenia medycznego, niejednokrotnie umiała rozpoznać choroby i zaaplikować odpowiednie leczenie. Teraz kolej na Marie Helene, młodą dziewczynę, tak jak Pelagie pochodzącą z Casamance. Pracowała przede wszystkim w kuchni u sióstr, a w przychodni jedynie dwa razy w tygodniu: jako sekretarka w czasie konsultacji prenatalnych oraz w czasie szczepień dzieci. Umiała też robić zastrzyki, ale za w sze w ukryciu przed siostrą, która jej na to nie pozwalała. Jej wielkim marzeniem było zostać pielęgniarką, jednak sytuacja finansowa nie pozwalała jej na realizację tych pragnień. Przez pierwsze dwa tygodnie przyglądałam się pracy w całej przychodni. To zrobiłam zastrzyk, to pomogłam przy opatrunkach, ale przede wszystkim towarzyszyłam siostrze przy konsultacjach chorych. Nie mogłam się początkowo nadziwić jej zdolnościom w rozpoznawaniu chorób bez pomocy dokładnych badań lekarskich czy analiz medycznych, a jedynie na podstawie uważnego słuchania i obserwowania chorego. Początkowo miałam wiele zastrzeżeń co do leczenia niejako "na ślepo". Bo filozofia była następująca: jak nie pomoże ten lek, to znaczy, że diagnoza była błędna, spróbujemy z innej strony, aż do skutku. Leczenie w większości przypadków było skuteczne. Z pewnością lepiej byłoby znać przyczynę choroby na podstawie dokładnych badań, jak to czyni się w Europie, a dopiero potem ją leczyć. To pociąga jednak za sobą dość duże koszty. Ani nasza przychodnia, ani chorzy nie cierpieli na nadmiar pieniędzy, ale raczej na ich niedobór, w związku z tym lepiej było jakoś zaradzić problemom zdrowotnym, nierzadko zgadując, a nie znając ich przyczynę, niż nie zrobić nic. Oczywiście w poważniejszych przypadkach o dsyłaliśmy do szpitala, jednak dopiero w ostateczności, gdyż ryzykowaliśmy, że biedaczyna wróci raczej do domu, nie mając pieniędzy ani na transport, ani na leki. Po dwóch tygodniach pracy do mojej świadomości dotarła straszna prawda. Dowiedziałam się, że siostra Anne Marie wyjeżdża pod koniec września na trzymiesięczny urlop do Francji. Wyjaśnię tutaj, że w zakonach misyjnych prawo do takich wakacji przysługuje każdej siostrze co trzy lub cztery lata. Dzięki temu oszczędza się na przejazdach do nierzadko bardzo odległych zakątków świata, z których pochodzą siostry. Zatem to właśnie z powodu urlopu siostra Anne Marie szukała kogoś na zastępstwo. Ja natomiast wiedziałam, że mam kogoś zastąpić, ale nie wiedziałam, że tym kimś ma być główna dowodząca przychodni!! Będąc jeszcze na etapie podziwiania wydawałoby się nadprzyrodzonych umiejętności siostry Anne Marie, dotyczącymi radzenia sobie z chorobami tropikalnymi, czułam się bardzo słabą i niezdolną do podjęcia tak trudnego wyzwania. Nie miałam jednak innego wyjścia, jak zaakceptować zaistniałą sytuację, poza tym wiedziałam, że człowiek uczy się najwięcej, gdy jest wypuszczony na głęboką wodę i pozostawiony sam sobie. W ostatnich dniach przed wyjazdem siostra Anne Marie miała coraz mniej czasu na zajmowanie się chorymi. Przygotowywała się do wyjazdu. Już wtedy właściwie zaczęłam pracować samodzielnie, podpierając się często doświadczeniem Oumou. Tak minął mój pierwszy miesiąc w Afryce. Pod koniec września siostra Anne Marie opuściła Senegal. W październiku przychodnia była nieczynna, a wszyscy pracownicy jednocześnie dostali prawnie przysługujący im coroczny urlop. Gdyby brali go pojedynczo, przychodnia nie mogłaby sprawnie funkcjonować, gdyż każda osoba była niezastąpiona. Chorzy byli zmuszeni szukać pomocy gdzie indziej . A ja obmyślałam, jak dobrze wykorzystać wolny czas. O tym jednak w następnym odcinku. |
| Duszpasterstwo Akademickie ARKA przy parafii MB Królowej Polski ul. Obrońców Krzyża 1 Kraków - Nowa Huta |
