|
Reportaż z naszej bożonarodzeniowej wyprawy na Białoruś.
Do Baranowicz wyjeżdżamy wczesnym rankiem w sobotę - właściwie pachnie jeszcze głęboką piątkową nocą. Wyruszamy z głowami pełnymi opowiadań Tomka- poznaliśmy go kilka godzin wcześniej, przyszedł żeby dodać nam otuchy i opowiedzieć o kraju, w którym spędził kilka lat swojego życia. Białe niedźwiedzie chodzące po ulicach, mężczyźni o stalowych oczach zakuci w futrzaste szuby, czołgi przewalające się po głównych traktach miast - przesądy, ludzkie wymysły o tym co nieznane, czy też może prawda? Szczerze mówiąc trochę się boję. Białoruś - to prawie koniec świata.
Przekraczanie granicy jest naszym pierwszym kontaktem z białoruską rzeczywistością. W Terespolu, jeszcze po stronie polskiej, zaskakuje jeden widok - tłum ludzi, głównie kobiet w wieku statecznych mamuś, które stoją na placu przed dworcem. Każda z nich trzyma na wpół ukryte pod futrami flaszki wódki. Klientów jakoś nie widać, a konkurencja jest ogromna: klucząc w tym tłumie handlujących wódką matek można się zgubić.
Samo przekraczanie granicy polega na pokonaniu pociągiem przestrzeni pięciu kilometrów w ciągu jednej godziny. W tym czasie dostajemy do wypełnienia ankiety. Na pytanie, czy przewozimy narkotyki, nie wiemy co odpowiedzieć. Porządny przemytnik na pewno by się przyznał....
Na miejscu jesteśmy o dwunastej w nocy - i tu niespodzianka -spomiędzy ciemności wirującego w śnieżycy dworca wyskakuje do nas Ilia i Jura. Okazało się, że czekali, z resztą nie tylko oni. Już w domu sióstr, witają nas kołaczem i śpiewami z występem czarownicy Swiety, pląsającej na ławce umocowanej dwa metry ponad podłogą. Potem wreszcie idziemy spać - każdy do swojego białoruskiego opiekuna.
Naszym punktem spotkań jest klasztor sióstr dominikanek. Jego przełożoną jest Polka, siostra Anatola, niezwykle energiczna młoda osoba z zaskakującym poczuciem humoru. Przewodzi ona dwóm innym młodym białoruskim siostrom Weronice i Irinie. To właśnie czcigodna siostra "A" pewnego wieczoru zwołuje nas podstępem i organizuje zasadzkę. Własnoręcznie, wychylona z okna pierwszego piętra, z wypiekami na twarzy rzuca kulkami ze śniegu w kotłującą się na dole zgraję...
Klasztor położony jest w bardzo kameralnej i urokliwej części Baranowicz. Tworzą ją głównie niewielkie, podniszczone parterowe domki otoczone ogródkami i skupione wzdłuż ośnieżonych ulic. W porze zimowej wszystko wyścielone jest grubą warstwą czystego, białego śniegu; znika granica pomiędzy ulicami, ogródkami i dachami domów. Siedziba Dominikanek to jedyny murowany budynek w okolicy, przypominający raczej domek z kolorowych obrazków z wykuszami i spadzistym dachem. Stoi on we wspólnym ogródku z niewielkim drewnianym kościołem, jedną z kilku katolickich świątyń w Baranowiczach. Katoliccy księża to na Białorusi głównie Polacy, także msze odprawiane są po polsku. Wśród naszych nowopoznanych przyjaciół słyszeliśmy głosy, że większość z nich nie rozumie ani słowa z liturgii; wydaje się także, że jest to pewna przeszkoda w kontakcie z księżmi. Tylko nieliczni młodzi uczą się języka w polskich klubach. Jest to dla nich swojego rodzaju przepustka na nasze uczelnie, a tym samym na zachód. Są jednak także tacy, którzy czynią to z powodu swego zainteresowania polską kulturą, która wciąż jest Białorusinom bardzo bliska.
Cały dzień wigilijny spędzamy na przygotowaniach do wieczerzy. Wiesia z Ilją biegają po zakupy, dziewczyny pod batutą Michała pieką ciasta, reszta stroi salę. Wspólne klejenie łańcucha z bibuły to świetna okazja, żeby pogadać. Leon, Lilia, Natasza opowiadają zaskakujące dla nas rzeczy o ludziach w swoim kraju. Poczucie narodowości jest czymś bardzo specyficznym, szczególnie w zachodniej części Białorusi, która w swej historii przechodziła z rąk do rąk. Najstarsze babcie mówią jeszcze po polsku i rzewnie wspominają czasy przedwojenne, które równocześnie były latami ich młodości; ich dzieci to ludzie silnie zrusycyzowani; najmłodsi, szczególnie ci kształcący się, próbują odnaleźć swoje korzenie i powracają do języka białoruskiego. Jak się okazuje, nie jest to jednak takie proste. Pomimo tego, że Białoruś odzyskała niezależność, nadal w miejscach publicznych w powszechnym użyciu jest rosyjski. Co natomiast wstrząsnęło nami najbardziej, to fakt, że Białorusini mówiący po białorusku uważani są we własnym kraju albo za wieśniaków z prowincji albo za...
...nacjonalistów.
Wigilia dla każdego z nas była przeżyciem niezapomnianym. Przy pięknie zastawionym stole usiedliśmy razem z kilkudziesięcioma samotnymi osobami z Baranowicz. Tradycyjne białoruskie potrawy, wspólne kolędowanie po polsku i białorusku, łamanie się opłatkiem, no i ... jasełka. Babcie płakały ze wzruszenia patrząc na dwumetrowych pastuszków w przykrótkich sukmanach i królów z włosami na żelu. Dla nas była to okazja do znalezienia się wśród ludzi, którzy w kameralnym gronie, dzięki swej serdeczności i naturalności potrafili stworzyć atmosferę tak kontrastującą z tą, która panuje na naszych nieprzyjaznych i anonimowych krakowskich blokowiskach.
Ale Baranowicze to nie tylko wzruszająco kruche, drewniane chatki. To także tonące w mroku betonowe osiedla, opustoszałe chodniki i pomnik Lenina na głównym placu miasta. Najbardziej dokucza komunikacja miejska, czyli dziurawe autobusy z zamarzniętymi szybami - nawet przy dwudziestostopniowym mrozie o ogrzewaniu można tylko pomarzyć.
Pełnię nędzy ujrzeliśmy natomiast w domu dziecka i pogotowiu społecznym, które odwiedziliśmy w pierwszy dzień świąt. Pogotowie społeczne to surowy, brzydki, piętrowy budynek otoczony murem z drutem kolczastym, położony na peryferiach miasta. Kiedy umundurowany mężczyzna otworzył nam wreszcie żelazną bramę i przeszliśmy przez labirynt zimnych korytarzy, dotarliśmy do grupki przestraszonych chłopców, z których najmłodszy miał może sześć lat, najstarszy piętnaście. Siedzieli sztywno w ławkach, bladzi, ogoleni do gołej skóry, ubrani w znoszone, za duże ubrania, z dziurawymi, rozczłapanymi kapciami na stopach. A my, czyściutcy i syci staliśmy przed nimi onieśmieleni nagłą refleksją, jak marne i śmieszne jest to, z czym do nich przyszliśmy. Nie mogliśmy dać im nic więcej niż chwili zabawy i garści słodyczy. Gdy po jakimś czasie dystans stopniał, dane nam było odkryć w nich wesołych, inteligentnych chłopaków, którzy przede wszystkim potrzebują nadziei, że ktoś jeszcze o nich pamięta i widzi w nich człowieka.
Wyszliśmy stamtąd świadomi swej bezsilności, pełni żalu do niesprawiedliwego świata, żegnani uściskami małych dłoni i dziarskim "gudbaj", podsłuchanym w jakimś zagranicznym filmie. Gdy potem pytaliśmy Swiety, która opiekuje się tym ośrodkiem, jaka przyszłość czeka chłopców, odpowiedziała, że albo wrócą na ulicę, albo do swoich patologicznych rodzin. Większość z nich, prędzej czy później, trafi do więzienia.
Z pomocą poszliśmy także do zaprzyjaźnionej rodziny Malinowskich. W niewielkim parterowym domku otoczonym drewnianym parkanem przywitała nas mama, o pięknym imieniu Miłość, tata, jedyny greko-katolicki kapłan w Baranowiczach i ich siedmioro dzieci. Na zewnątrz szalała śnieżyca, a my siedzieliśmy jak zaczarowani w ciepłym, rozświetlonym choinką pokoju i słuchaliśmy starych białoruskich pieśni śpiewnych na głosy przez chłopaków, ballad przygrywanych przez tatę na gitarze, a wreszcie cieniutkiego głosiku kilkuletniej Martusi, stawiającej pierwsze kroki w rodzinnej orkiestrze. Mieliśmy ochotę zachować w sobie choć odrobinę miłości, która kwitła pomiędzy tymi ludźmi pomimo biedy i niedostatku. Zabrać ją do swoich rodzin, w których często pieniądz usprawiedliwia wzajemną obojętność i brak czasu.
W ostatni dzień zwiedzaliśmy Mińsk - kamienne, lodowato piękne miasto, w którym człowiek zdaje się zagubiony wobec masywu socrealistycznej architektury.
No i koniec... wracamy do Polski. Znów zaśnieżony, tonący w mroku peron dworca, ostatnie pożegnanie z Lilią, Nataszą i pozostałymi. Mamy wrażenie, że ich opuszczamy, że za kilka godzin przemierzymy żelazną kurtynę granicy i przeniesiemy się znów do Polski, która dla nich wydaje się być inną, nieosiągalną rzeczywistością.
W Brześciu, przed wejściem na teren przeprawy paszportowej, czeka na nas półtorej godzinna walka z tłumem przemytników, a potem bieganie za dopłatami do biletów, o których na polskiej kolei nic nikomu nie wiadomo. Wreszcie siedzimy już w wagonie kolejki do Terespola, który utknął gdzieś w polu i patrzmy na pielgrzymki przemytników sunących pomiędzy zaspami. Celnicy, którzy urządzili nalot na pociąg rzucają nam dziwne spojrzenia, jedynym, którzy ostali się w opustoszałym przedziale. W końcu, w którymś z nich ciekawość zwycięża - po co nam było się włóczyć się na tę Białoruś? Patrzy na nas młodych naiwnych z politowaniem, by zaraz potem z ironicznym uśmiechem dokończyć pytanie - " po przygodę...?".
Myślę, że byłam tam po to, aby się czegoś nauczyć.
Katarzyna Surdek
|